Mute (2018)

Mute (2018)

Mute nie był jakoś szumnie reklamowany (na pewno nie tak bardzo jak „Bright”), ale co jakiś czas przewijał się w reklamach w internecie. Sam temat mnie zaciekawił i szczerze czekałem na premierę tego filmu. Gdy zobaczyłem, że film reżyseruje Duncan Jones, to już wiedziałem, że muszę go zobaczyć. Autor genialnego „Moon” (do którego w „Mute” jest nawiązanie) ponownie wziął się za realizację filmu Sci-Fi, filmu, do którego scenariusz napisał ponad 15 lat temu.

Sposób na sukces?

Jones miał masę problemów z realizacją tego filmu. Kolejne studia filmowe odmawiały mu z różnych powodów. Sam skrypt też przechodził ewolucję i początkowo miał to być dramat gangsterski, później animacja, aż w końcu dostaliśmy sci-fi z amiszem niemową w roli głównej.

Nie wiem ile jest prawdy w słowach Duncana, ale ja widzę dużą inspirację „Blade Runnerem” i filmem „Drive” z Ryanem Goslingiem w roli głównej. Futurystyczny świat, pełen nowinek technicznych, neonów w każdym możliwym miejscu i… samochodów sprzed 30-40 lat? Nie powiem, trochę dziwne połączenie 😉

Tak jak w „Blade Runnerze” główny bohater szuka (ściga) zbiegłe androidy, tak Leo (Alexander Skarsgård) szuka zaginionej dziewczyny. Obie te postacie w miarę postępu akcji, krok po kroku, łączą wszystkie elementy układanki, by ostatecznie rozwiązać zagadkę. Niby schemat powielany w wielu filmach, ale to, w jaki sposób ci bohaterowie zdobywają kolejne wskazówki, jest bardzo podobny. Oczywiście cały świat przedstawiony jest żywcem wyjęty z dzieła Ridleya Scotta (chociaż raczej powinienem wspomnieć o Philipie K. Dicku).

A gdzie podobieństwo do „Drive”? Największe jest w postaci głównego bohatera. Postać odgrywana przez Goslinga, podobnie jak Leo, prowadzi własne dochodzenie, jest brutalny i w pewny sensie niepowstrzymany. Z obu tych postaci zrobiono prawdziwych zabijaków, z tą różnicą, że Kierowca wypada dość naturalnie. A Leo? Wygląda jak fajtłapa, który ma niesamowite szczęście. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że Kierowca też jest typem milczącego człowieka, tyle że milczy z wyboru.

Bez słowa? Czy to na pewno dobry pomysł?

Główny bohater jest amiszem, a w dodatku niemową. Mowę stracił wskutek wypadku w młodości, a wiara nie pozwoliła jego rodzicom zgodzić się na operację, która mogłaby umożliwić mu komunikowanie się ze światem w inny sposób, niż pisanie w notesie. A uwierzcie mi, motyw przewodni tego filmu, jest jego największą wadą.

Odebranie mowy głównemu bohaterowi było największym błędem, jakiego mógł się dopuścić Duncan Jones. Sceny przesłuchań polegały na pokazywaniu zdjęcia zaginionej dziewczyny, na co „napotkani” od razu mówili wszystko co im ślina na język przyniesie… Naprawdę wygląda to komicznie, gdy Leo pokazuje zdjęcie i milczy, a „przesłuchiwany” wszystko mu mówi, daje mu pieniądze jako spłatę jakichś długów, nie wiedząc nawet kim jest facet, który wtargnął do jego mieszkania. Widać, że Duncan miał pomysł na film, ale kompletnie go nie przemyślał. Sceny przesłuchań mogły być największą zaletą tego filmu (Mindhunter?), zamiast tego otrzymujemy kiczowate sceny przypominające słabe filmy klasy B.

A teraz domyśl się o co mi chodzi!

CGI bije po oczach!

Często bywa tak, że pomimo słabego scenariusza, zadbano o wizualną stronę filmu. „Mute” niestety nawet w tym aspekcie jest poniżej oczekiwań. Oczywiście, zadbano o przygotowanie tła i co chwilę widzimy jakieś neony w tle, reklamy, kolorowe billboardy i kiczowate stroje. Ale gdy pojawiają się już wstawki CGI, to z daleka biją sztucznością. Jestem zdania, że jeżeli budżet nie pozwala zrealizować danego pomysłu, to albo należy usunąć dany element z filmu, albo postarać się go zrealizować w stary sposób, podobnie jak zrobiono z Gwiezdnymi Wojnami, gdzie masę scen nagrano z użyciem modeli i makiet. Rozumiem, że film jest robiony przez serwis streamingowy, ale już w „Bright” pokazali, że są w stanie wykonać rewelacyjne efekty specjalne, a samo nazwisko reżysera mogło zagwarantować duże zainteresowanie filmem, co w efekcie przyczyniłoby się do zwrócenia kosztów produkcji.

Ale to nie koniec minusów. Mimo dość znanych nazwisk, tylko Paul Rudd próbuje „coś” zagrać, a reszta aktorów wydaje się mieć cały ten projekt głęboko w poszanowaniu i nawet nie starają się udawać, że coś grają. A szczerze powiem, że Paul Rudd to jest jeden z niewielu aktorów, których podejrzewałbym o całkiem niezłe zagranie czarnego charakteru.

Oprócz głównego wątku, w filmie pojawia się też motyw pedofilii. Temat dość delikatny i nie spodziewałem się go tutaj… No właśnie. Pojawia się w sumie nie wiadomo po co, bo gdy jeden z bohaterów dowiaduje się, że jego przyjaciel jest pedofilem, reaguje w dość dziwny sposób… mianowicie, najpierw ma ochotę go zabić, po czym… mówi mu by tak nie robił i tyle („chodźmy na piwo!”).

Wielki zawód…

Miał być hit, a wyszedł kicz. Szkoda, bo miałem dość spore oczekiwania co do tego filmu. Śmiesznie to zabrzmi, ale największym plusem tego słabego filmu jest Paul Rudd. Aktor, który nawet z drzewem przegrałby walkę o Oscara 😉 Tutaj widać świetnie się bawił, bo wykreował ciekawą postać. Może powinien odłożyć na bok komedie i skupić się na rolach czarnych charakterów?

Oceniając ten Mute miałem ogromny dylemat. Starałem się znaleźć jakieś plusy, które mogłyby podnieść końcową ocenę filmu. Ale takowych nie znalazłem… Nawet Clint Mansell się nie popisał, a bardzo lubię tego kompozytora. Soundtrack do Źródła” to majstersztyk!

A filmowi ostatecznie mogę dać takie dość mocno naciągane 3/10.

ZWIASTUN

 

 

 

4 thoughts on “Mute (2018)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *