The Cloverfield Paradox

The Cloverfield Paradox

Po uruchomieniu maszyny, która miała pomóc zażegnać kryzys energetyczny, grupa astronautów zostaje zmuszona do walki o przetrwanie. Żeby nie było za łatwo, to tracą kontakt z Ziemią. Brzmi znajomo? A co powiecie na sytuację, gdy Ziemia ZNIKA?

Dokładnie 10 lat temu do kin trafił film Cloverfield (w Polsce puszczany jako „Projekt:Monster”), dość specyficzny „monster movie” bo nakręcony w stylu „found footage”. Od samego początku wiemy tyle, co bohaterowie filmu. Nie zostaje wyjaśnione co się dzieje, skąd zjawił się potwór i czego chce. I to było… całkiem fajne. W innych tego typu filmach (np. Godzilla, King Kong) w trakcie trwania filmu powoli zostaje wszystko wyjaśnione, poznajemy danego potwora, wiemy dlaczego zachowuje się w dany sposób i czego tak naprawdę chce. Cloverfield odszedł od tego sposobu poprowadzenia fabuły i już po kilku pierwszych minutach filmu zostajemy rzuceni na pożarcie potworowi… i do samego końca nie znamy celu jego ataku.

Ale by nie było, że kompletnie nic nie zostało wyjaśnione. Twórcy wpadli na pomysł, że cała akcja zostanie nagrana na „używanej kasecie”, przez co czasami widzimy urywki dawnego nagrania ze wspólnego życia dwójki głównych bohaterów. Niby nic, ale gdy się bliżej przyjrzeć tym skrawkom, to można dostrzec drobne wskazówki powstania potwora…

Ale 10 lat później, twórcy wpadli na pomysł nakręcenia kolejnego filmu (trzeciego, po drodze był jeszcze „Cloverfield Lane 10”), który wszystko kompletnie zmienia niszcząc większość (a może wszystkie) z teorii fanów filmu z 2008 roku.

Początki

Warto zaznaczyć, że początkowo „The Cloverfield Paradox” miał być filmem niezwiązanym z uniwersum wykreowanym przez J.J. Abramsa i jego początkowy tytuł to „God Particle”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „cząstka Boga”. Oprócz innego tytułu, miała się też różnić fabuła i główni bohaterowie. W finalnej wersji filmu dostajemy międzynarodową grupę astronautów, a w początkowym skrypcie wystąpić mieli tylko amerykanie i wśród nich tylko jedna kobieta (finalnie są 3). Oryginalnie sama fabuła miała trwać dłużej, bohaterowie dopiero po dwóch miesiącach mieli „nawiązać kontakt” z członkami innej ekipy, wśród których był Schmidt (a nie jak w filmie – na statku). I dopiero potem miały zacząć dziać się dziwne rzeczy…

Może nie wszyscy wiedzą, ale to nie Netflix wyprodukował film, tylko Paramount Pictures. I tak, film początkowo miał być puszczany w kinach, ale studio w obawie przed klapą finansową postanowiło dogadać się z „królem streamingu” i za 50 mln dolarów sprzedało prawa do produkcji.

Jak się później okazało, obie strony na tym skorzystały 😉

A w tle „Black Mirror”?

Uwaga, dalsza część wpisu może zawierać spoilery!

Na chwilę zapomnijmy, że Paradox należy to „Cloververse” i spójrzmy na niego jak na kolejny film sci-fi… Czy nadal uważam, że film jest słaby? TAK!

Jest tu cała masa absurdów, jak totalnie bezsensowne „wchłonięcie” przez ścianę jednego z bohaterów, tylko po to, by ucięło mu rękę. Rękę, która później sama chodzi. I pisze. I w ogóle wie więcej niż nasi bohaterowie… Ale zaraz powiecie, że to wszystko działo się przez zderzenie dwóch równoległych wszechświatów. No ok, ale to i tak nie tłumaczy takiego rozwiązania. Równie dobrze mogli w jakiś inny, prostszy, sposób przekazać wiadomość „z drugiej Ziemi”.

Druga sprawa. Jeden z bohaterów umiera w dość dziwny sposób. Jak się później okazuje, do jego ciała zostały „teleportowane” robaki i żyroskop. Nie wiadomo jak, nie wiadomo po co. A co najważniejsze, kompletnie nie było widać, by miał w sobie dodatkowe kilogramy… Takich „kwiatków” jest cała masa (jak wysłanie jednorękiego do prac na statku, gdzie tak proste zajęcie mógł zrobić każdy z ekipy, w razie problemów mógł się kontaktować przez radio i udzielać wskazówek. A widać, że Mundy kompletnie sobie nie radzi.).

Brak efektu WOW

Od strony wizualnej film jest poprawny. Niektóre efekty specjalne były dość słabe i widać, że próbowano je zatuszować ciemną scenerią. A scena z robakami, była co najmniej komiczna 😉  Żaden z utworów muzycznych nie zapadł mi w pamięci i tak naprawdę to nie pamiętam, by w tle była jakakolwiek muzyka… szkoda, bo często to właśnie muzyka potęguje klimat filmu.

A aktorstwo? Po takim aktorze jak Daniel Brühl (Świetna rola w filmie „Colonia”) oczekiwałem zdecydowanie więcej. Reszta też się niczym nie wyróżniała i byli na poziomie „serialowym” (z naciskiem na te słabe seriale…).

Jedyny plus filmu, to jego zakończenie, które jest łudząco podobne do tego, które znamy z filmu „Life”. I tak naprawdę na tym te plusy się kończą…

Moja ocena? Mocno naciągane 4/10 (ze względu, że uwielbiam pierwszą część, a druga też jest całkiem niezła)

Trochę informacji

  • reżyseria: Julius Onah
  • scenariusz: Oren Uziel Doug Jung
  • gatunek: Sci-Fi
  • produkcja: USA
  • premiera: 4 lutego 2018
  • muzyka: Bear McCreary
  • zdjęcia: Daniel Mindel

ZWIASTUN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *